czekam, czekam, czekam…
Miałem napisać nad dalszymi planami związanymi ze stroną i blogiem. Na temat tego ze blog niedługo zmieni adres a domena główna stanie się możliwe ze portfolio może, kiedyś stroną firmową. Miałem pisać o tym jak bardzo frustruje mnie nauka na uczelni podstaw excel’a funkcji jeżeli() i sum() (przecież to IV rok!?!), myślę sobie po jakiego wała mi te studia?!?
Będąc na kilka może kilkanaście godzin przed rozwiązaniem, przed przyjściem na świat osoby która będzie jedną z tych osób które będą/są najważniejsze w życiu nie mam siły, chęci, energii na to aby cokolwiek konstruktywnego zrobić. Żeby ten czas szybko minął. Do tego dochodzi milion albo i więcej wątpliwości, niepokoi, dosłownie bezsilności…bo co ja mogę zrobić…czekać… Czekać i gapiąc się w pomarańczowo-zżułkłą ścianę pamiętającą napewno lata 60 a może i jeszcze więcej… zataczając okręgi przez salą tzw. “porodówka” i gapić się, czekać i czekać, myśleć i zbierać coraz więcej niepokoju, wątpliwości. Czy będzie zdrowy, czy najukochańsza kobieta która od 40 tygodni i 2 dni nosi w sobie mojego nie! naszego syna poradzi sobie ze wszystkim?…
Jak bardzo bym chciał tak bardzo nie mogę jej pomóc, jedyne co mogę to nie przeszkadzać i czekać, czekać… Zauważyłem, że ostatnio coraz częściej spędzam strasznie dużo czasu gapiąc się w monitor i nic sensownego nie robię. Bo co mam robić?! W szpitalu być nie mogę w konću to nie hotel a zmęczona żona na pewno nie jest zachwycona jak pomiędzy badaniami, podawanymi lekami, mierzoną temperaturą i innymi zabiegami o których nie mam zielonego pojęcia jak się odbywają będę jeszcze ja patrzący się jak w obrazek mający przed sobą uśmiechniętą Asię chcącą tak bardzo jak ja (jak nie bardziej) trzymać w rękach swoje dziecko. Dziecko to taki twór dwojga ludzi, zazwyczaj powstaje w efekcie miłości i dość poważnej decyzji o założeniu rodziny o tym, że oboje są na tyle dojżali, że to dziecko wychowają i zajmą się nim.
Na początku ciąży często wątpiłem..Dlaczego? I w co? może bardziej w kogo… odpowiedź jest prosta! W siebie! W nikogo innego. Tak właściwie to Aśka sama namówiła mnie na to abyśmy zdecydowali się na dziecko. Więc skoro bierzemy ślub, mam pracę i kończymy za jakiś czas studia to w sumie dlaczego by nie spróbować, może być fajnie. Później to już same wątpliwości, obawy. Oczywiście przy Aśce nie mogłem tego okazywać. W końcu oboje tego chcemy. Im bliżej terminu tym więcej się myślało zaczęło się planować tzw. “pępkowe”, konkretny termin żeby tylko można było upić się i można powiedzieć znieczulić…dlaczego? Bo tak! Bo tak robi każdy i każdy facet musi jak najczęściej uciekać od dziecka od żony, od samego siebie. Poco angażować się w coś w czym żona doskonale się spisze. Ale przez tych ostatnich kilka dni zrozumiałem coś, nie wiem jak to nazwać, jest to coś co w jakiś sposób na pewno wpłynie na resztę mojego NASZEGO życia jest to miłość, zaangażowanie, odpowiedzialność. Przecież na pewno można czerpać wiele przyjemności nie tylko z pijackich imprez z kolegami, z wyjazdów pełnych innych uciech bez rodziny itp.
Zawsze stawiałem sobie pytanie…może nie zawsze ale od czasu kiedy dowiedzieliśmy się o ciąży… “czy będę dobrym ojcem?”… Dziś to dotarło do mnie, znaczy odpowiedź sama się nasunęła: “nikt tego nie wie”, na pewno będę się starać aby niczego Naszemu Marcelowi nie zabrakło nie tylko w kwestii materialnej ale żeby nie zabrakło jemu mnie…
